Miliony, ropa i polityczne podejrzenia. Tak wybuchła afera wokół państwowego Polminu

Ropa miała być jednym ze skarbów odrodzonej Polski, a Polmin – przemysłową wizytówką państwa. Za potężnymi instalacjami rafinerii zaczęły jednak pojawiać się liczby, które budziły coraz więcej pytań. 142 tys. dolarów strat, kosztowne kontrakty i ponad milion złotych należności od prywatnej firmy. Sprawą zajęły się kontrola, prokuratura i Sejm.

  • Polmin, państwowy gigant II RP, miał budować potęgę Polski, lecz stał się epicentrum skandali finansowych i politycznych podejrzeń.
  • Kontrolerzy odkryli 142 tys. dolarów strat, ogromne nadpłaty w kontraktach dla kolei oraz ponad milion złotych nieściągalnych długów.
  • Poznaj kulisy afery, która wstrząsnęła młodym państwem i zobacz, jak mechanizmy nadużyć sprzed lat rezonują z dzisiejszymi problemami!

Drohobycz pachniał ropą. Nad miastem wyrastały kominy, zbiorniki i instalacje rafineryjne, po torach sunęły cysterny, a czarne złoto było jednym z tych bogactw, na których młoda II RP chciała budować gospodarczą niezależność. W samym środku tego świata znajdował się Polmin – Państwowa Fabryka Olejów Mineralnych.

To nie była podrzędna firma na peryferiach polskiej gospodarki. Państwo dało jej możliwość przerabiania ropy, handlu produktami naftowymi, eksploatowania terenów naftowych i gazowych, magazynowania paliw oraz organizowania ich transportu. Statut przedsiębiorstwa pozwalał nawet nabywać i dzierżawić cysterny kolejowe oraz statki. Po komercjalizacji w 1927 r. Polmin otrzymał osobowość prawną, a jego siedzibę ustanowiono we Lwowie.

Był więc państwowym gigantem działającym w strategicznym sektorze. I właśnie dlatego, gdy kontrolerzy zaczęli zaglądać do dokumentów, sprawa nie mogła przejść bez echa.

Kontrolerzy weszli do Polminu. Zaczęło się od poważnych podejrzeń

Pierwszy akt tej historii rozgrywa się w połowie lat 20. W kwietniu 1928 r. ówczesna prasa informowała, że już w 1926 r. Najwyższa Izba Kontroli Państwa natrafiła na ślady poważnych nadużyć związanych z działalnością Polminu. Rok później minister przemysłu i handlu Eugeniusz Kwiatkowski miał przekazać sprawę do zbadania Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Nadużyciami, a śledztwem zajął się prokurator Sądu Okręgowego w Łucku.

W centrum śledztwa znalazł się były dyrektor handlowy Polminu Kazimierz Hofman. Doniesienia prasowe z kwietnia 1928 r. mówiły o ogromnej jak na tamte czasy kwocie. Według ustaleń przytaczanych przez prasę Hofman, nadużywając powierzonych mu pełnomocnictw, miał narazić Skarb Państwa na 142 tys. dolarów strat. Prokurator zarządził jego zatrzymanie. W realiach II RP była to suma, która działała na wyobraźnię. Ale historia Polminu na tym się nie kończyła. Niedługo później pod lupą znalazł się mechanizm kontraktów na dostawy produktów naftowych dla państwowych kolei.

Kolej chciała paliwa. Kontrola znalazła nadpłaty

Tu historia zaczyna przypominać scenariusz, który równie dobrze mógłby wydarzyć się wiele dekad później. Państwowe koleje potrzebowały produktów naftowych. Firmy składały oferty. Polmin brał udział w przetargach. Problem polegał na tym, że – według ustaleń ówczesnej kontroli cytowanych w prasie – ostateczne rozliczenia potrafiły wyglądać zupełnie inaczej niż ceny pojawiające się podczas rywalizacji o zamówienie.

Prasa w 1929 r. przytaczała sprawozdanie Najwyższej Izby Kontroli, według którego przy badaniu zaopatrywania kolei w produkty naftowe stwierdzono poważne nadpłaty przy dostawach realizowanych przez Polmin. Opisywany mechanizm miał polegać na tym, że przedsiębiorstwo podczas przetargów schodziło z ceną do poziomu najtańszych prywatnych rafinerii, po czym po zawarciu umowy ceny rosły. Część dostaw, których Polmin nie był w stanie zapewnić z własnej rafinerii, powierzano prywatnym przedsiębiorstwom.

Jeden przykład był szczególnie wymowny.

W przetargu z 28 lutego 1928 r. rafineria „Karpaty” zaoferowała olej do pary przegrzanej po 59 zł za 100 kg. Polmin podjął się dostawy na innych zasadach ustalania ceny, a od 1 kwietnia wyznaczył ją na 77,97 zł za 100 kg. Jednocześnie część realizacji miał powierzać właśnie firmie „Karpaty”.

Ówczesna prasa wyliczała, że przy 250 tonach dostawy różnica oznaczała ponad 47 tys. zł więcej z państwowej kasy. W tym samym materiale, powołującym się na sprawozdanie kontroli, wskazywano również, że w badanym okresie Skarb Państwa dopłacił do Polminu 767 624,45 zł.

Trzeba przy tym oddzielić dwie rzeczy: same ustalenia organu kontroli od języka ówczesnych gazet. Prasa nie szczędziła Polminowi ostrych komentarzy, ale dla oceny sprawy najważniejsze są liczby i mechanizmy opisane w materiałach kontrolnych.

Polmin był wielkim graczem. I miał wielkie problemy

Paradoks polegał na tym, że za aferalnymi nagłówkami stało przedsiębiorstwo o ogromnym znaczeniu gospodarczym. Po odzyskaniu niepodległości państwo przejęło zakład wywodzący się z austro-węgierskiej fabryki w Drohobyczu i stworzyło Państwową Fabrykę Olejów Mineralnych „Polmin”. Firma miała uprzywilejowaną pozycję przy przerobie ropy, ale jednocześnie zmagała się z wysokimi kosztami surowca oraz brakiem kapitału inwestycyjnego i obrotowego, uzupełnianego kredytami. Badania historyczne wskazują, że sytuacja finansowa poprawiła się po komercjalizacji przedsiębiorstwa w 1927 r.

Polmin nie był przy tym przemysłowym skansenem. Z czasem dysponował rozbudowaną siecią mieszalni paliw m.in. w Drohobyczu, Warszawie, Kutnie, Żyrardowie, Łodzi, Krakowie, Lublinie i Siedlcach. W późniejszych latach angażował się również w rozwój nowoczesnych mieszanek paliwowych.

Zachowane fotografie Narodowego Archiwum Cyfrowego pokazują ogrom drohobyckich zakładów: las kominów, zbiorników i instalacji przemysłowych. To właśnie tutaj państwo próbowało budować jeden z filarów własnego przemysłu naftowego.

Tym bardziej bolesne były kolejne pytania o to, jak gospodarowano państwowymi pieniędzmi.

Ponad milion złotych długu. W tle pojawiła się polityka

Kilka lat później nazwa Polmin ponownie zabrzmiała w Sejmie. Tym razem chodziło o prywatną firmę „Produkcja”, która pozostawała z państwowym przedsiębiorstwem w stosunkach komisowych i miała rozprowadzać jego towary w Małopolsce Wschodniej.

W sejmowej debacie przywołano ustalenia Najwyższej Izby Kontroli dotyczące roku 1928/29. Według nich na 1 stycznia 1929 r. należność Skarbu Państwa od firmy „Produkcja” wynosiła aż 1 mln 218 tys. zł. Zabezpieczenia w postaci zapisów kaucyjnych i weksli gwarancyjnych miały odpowiadać jedynie 22 proc. należności. NIK domagała się pociągnięcia do odpowiedzialności osób związanych z zawarciem umowy z firmą. Sprawa trafiła do sądu.

I wtedy pojawił się najbardziej polityczny wątek całej historii.

Poseł, który poruszył sprawę w Sejmie, wskazywał na związki rodziny Vincenzów z obozem sanacyjnym i pytał ministra przemysłu i handlu o zabezpieczenie interesów państwa. Były to jednak zarzuty i pytania stawiane z sejmowej mównicy, a nie dowód, że kontrakt został przyznany w zamian za polityczne wpływy. Tego rozróżnienia nie wolno zgubić.

Odpowiedź strony rządowej również jest ważna. W dalszej części debaty minister wyjaśniał, że stosunki handlowe z Polminem mieli ojciec i brat Stanisława Vincenza, a problemy miały wynikać z jednej strony z opieszałości ówczesnego zarządu Polminu, z drugiej – być może z nadużyć przedstawicieli „Produkcji”. Minister informował, że sprawa została skierowana do sądu i znajdowała się u sędziego śledczego.

Nie mamy więc podstaw, by opisać tę historię prostym zdaniem: „politycy ustawili kontrakt”. Mamy za to coś bardziej interesującego: państwowego giganta, prywatnego kontrahenta, ogromny dług, słabe zabezpieczenia, podejrzenia o polityczne powiązania oraz sprawę, która przedostała się na najwyższy szczebel debaty publicznej.

Państwowy gigant pod specjalnym nadzorem

Polmin przetrwał skandale i nadal był jednym z najważniejszych przedsiębiorstw naftowych II RP. Państwo nie zrezygnowało z firmy, przeciwnie – jej znaczenie strategiczne rosło.

W przededniu wojny zakład w Drohobyczu należał do największych rafinerii na ziemiach polskich. Niemieckie zestawienie przygotowane przed wojną przypisywało Polminowi maksymalną roczną zdolność produkcyjną na poziomie 156 tys. ton i produkcję rzędu 87 990 ton.

To właśnie sprawia, że historia Polminu jest czymś więcej niż opowieścią o podejrzanych rachunkach.

To historia państwa, które zaledwie kilka lat wcześniej odzyskało niepodległość i próbowało zostać przedsiębiorcą na ogromną skalę. Kupowało ropę, budowało rafinerie, handlowało paliwami, zawierało kontrakty i tworzyło firmy, które miały konkurować z prywatnym kapitałem. A wraz z wielkimi pieniędzmi pojawiło się wszystko to, co zwykle im towarzyszy: pokusa nadużyć, źle zabezpieczone umowy, polityczne oskarżenia i kontrolerzy zaglądający do ksiąg.

W Polminie liczby potrafiły być ogromne: 142 tys. dolarów potencjalnej straty przypisywanej działaniom byłego dyrektora handlowego, ponad 47 tys. zł różnicy w jednym z opisywanych kontraktów oraz 1,218 mln zł należności od prywatnego kontrahenta.

I być może właśnie dlatego ta historia brzmi tak współcześnie. Zmieniły się waluty, przepisy i nazwy urzędów. Mechanizm publicznego zainteresowania pozostał ten sam: gdy państwo robi wielki biznes, obywatele chcą wiedzieć, kto podpisuje umowy, komu płyną pieniądze i kto odpowiada, kiedy rachunek przestaje się zgadzać.

QUIZ PRL. „Jutro będzie futro!” Powiedzenia naszych rodziców, które ukształtowały Polaków z pokolenia PRL-u
Pytanie 1 z 15
Kiedy pytaliście mamę "Kiedy obiad?", odpowiadała:
QUIZ PRL. „Jutro będzie futro!” Powiedzenia naszych rodziców, które ukształtowały Polaków z pokolenia PRL-u

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki