Hubert Biskupski: Gdybyśmy zapytali sztuczną inteligencję o najbardziej spektakularną aferę III RP, co pojawiłoby się na pierwszym miejscu?
Leszek Miller: Myślę, że bez wątpienia byłaby to afera Rywina.
17,5 miliona dolarów w gotówce, ustawa medialna mająca pozwolić Agorze na kupno stacji telewizyjnej w zamian za przychylność „Gazety Wyborczej” wobec SLD. Wszystko zaczęło się w lipcu 2002 roku, kiedy to Lew Rywin przyszedł do Wandy Rapaczyńskiej z korupcyjną propozycją. Rywin twierdził wówczas, że działa z pana polecenia.
Nie tylko mojego, proszę mnie tu nie faworyzować. Zawsze w takich przypadkach warto zapytać o finał. Rywin został skazany na dwa i pół roku więzienia oraz grzywnę za pomocnictwo w płatnej protekcji. Co istotne, sąd nie był w stanie potwierdzić istnienia mitycznej „grupy trzymającej władzę”, a sejmowa komisja śledcza w swoim końcowym raporcie nie stwierdziła żadnego związku między mną, SLD a działaniami Rywina.
Znał pan Lwa Rywina osobiście?
Pierwszy raz rozmawialiśmy na bankiecie po premierze „Pianisty” Romana Polańskiego w Warszawie. Rywin jako producent był tam gospodarzem, puszył się jak paw w środowisku filmowców i dziennikarzy. Jeśli pyta pan, dlaczego powołał się na mnie, idąc do Agory, odpowiedź jest prosta: tylko w ten sposób mógł spróbować wyłudzić te pieniądze. Musiał uwiarygodnić swoją wersję nazwiskami ważnych osób, opowiadając zmyślone historie o tym, jakoby razem jeździliśmy na ryby.
Nigdy nie byliście na rybach?
Nigdy. Nie byłem nawet w pobliżu jego willi na Mazurach. Pamiętam, jak Adam Michnik przyszedł do mnie, wyraźnie podekscytowany, i zapytał wprost: „Czy byłeś na rybach z Rywinem?”. Kiedy zaprzeczyłem, widziałem, jak zeszło z niego całe napięcie. Wtedy zaproponowałem konfrontację.
Jak przebiegło to spotkanie w pańskim gabinecie?
Mój sekretariat zaprosił Rywina, nie zdradzając celu wizyty. Gdy wszedł i zobaczył mnie razem z Michnikiem, niemal zasłabł. Na moje pytanie o to, kto go przysłał, wymienił dwa nazwiska związane z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, w tym Roberta Kwiatkowskiego (ówczesny prezes TVP, który podczas przesłuchania prze sejmową komisją zaprzeczył, że miał ze sprawą jakikolwiek związek – red.). Był przerażony, bełkotał coś o tym, że już nie żyje i w co on się wpakował.
Dlaczego po tej konfrontacji nie zawiadomiliście organów ścigania? Czy z dzisiejszej perspektywy nie uważa pan tego za błąd?
Gdybym wiedział, co się z tego wykluje... Adam Michnik przekonał mnie, że jako dziennikarz chce przeprowadzić własne śledztwo i prosił o dyskrecję, by nie „wypłoszyć” wspólników Rywina. Przez pół roku trwało zbieranie materiałów, a artykuł „Ustawa za łapówkę” ukazał się dopiero pod koniec grudnia, tuż po zamknięciu naszych kluczowych negocjacji z Unią Europejską. Michnik twierdził później, że nie chciał wcześniej publikować tekstu, by nie zakłócać procesu integracji z Europą.
Ta afera stała się początkiem końca wielkiego SLD.
W dużym stopniu tak. Uruchomiła procesy, których nie dało się już zatrzymać. Klub parlamentarny opuściło około 30 osób, Marek Borowski założył własną partię, co rozbiło zaplecze polityczne mojego rządu. A komisja śledcza stała się medialnym show, na którym swoje kariery zbudowali Zbigniew Ziobro i Jan Maria Rokita.
Właśnie, komisja śledcza. Dlaczego w ogóle się na nią zgodziliście? Przecież mieliście większość, by ją zablokować.
To pytanie dręczy mnie czasami po nocach. W kierownictwie SLD najbardziej na powołanie komisji naciskał Marek Borowski. Stwierdził nawet, że jeśli jej nie powołamy, to wystąpi z partii i publicznie ogłosi powody. Chcieliśmy pokazać, że nie mamy nic do ukrycia, a uległem Borowskiemu niepotrzebnie. Mogłem mu wtedy powiedzieć: „To wystąp”, ale wierzyłem, że prawda sama się obroni. To była surowa lekcja: prawda sama się nie obroni.
Polecany artykuł:
Kolejnym skandalem, który pojawia się w zestawieniu największych afer III RP, jest afera Orlenu, związana z zatrzymaniem prezesa Andrzeja Modrzejewskiego w lutym 2002 roku. Operacja ta miała miejsce tuż przed odwołaniem go przez radę nadzorczą.
Chcieliśmy jako nowy rząd zapewnić sobie kontrolę nad tym strategicznym koncernem. Wiedzieliśmy, że prezes Modrzejewski zamierza podpisać skrajnie niekorzystny kontrakt na dostawy ropy, prawdopodobnie z korzyścią dla siebie, a nie dla państwa. Spotkanie w moim gabinecie z udziałem minister sprawiedliwości Barbary Piwnik i szefa UOP Zbigniewa Siemiątkowskiego służyło ustaleniu, jak w granicach prawa przyspieszyć jego dymisję.
Nie działaliście w granicach prawa, co później stwierdził sąd sąd uznając, że to było nadużycie władzy. Zbigniew Siemiątkowski został prawomocnie skazany, a sędzia w uzasadnieniu mówił o „spisku i intrydze”.
Moim zdaniem Siemiątkowski został skazany niepotrzebnie, bo działał w celu ochrony interesu państwa. Służby są od tego, by chronić potencjał kraju. Spektakularność tego zatrzymania w świetle kamer była zapewne inicjatywą samych służb, którym zależało na rozgłosie. Żaden z moich następców nie musiał uciekać się do takich metod, bo prezesi Orlenu zwykle nie próbowali podpisywać tak kontrowersyjnych umów tuż przed odejściem.
Na koniec musimy wspomnieć o aferze Olina i oskarżeniach pod adresem premiera Józefa Oleksego o współpracę z rosyjskim wywiadem. Co było rzeczywistym tłem tej sprawy?
Moim zdaniem była to rosyjska prowokacja. W czasie, gdy Polska intensywnie zabiegała o wejście do NATO, Rosjanie chcieli pokazać Amerykanom, że nowe rządy w dawnym bloku wschodnim są przesiąknięte ich agenturą. Polska jako największy kraj regionu była ich głównym celem.
Jak pan dowiedział się o tych oskarżeniach?
Dyskretnie spotkał się ze mną wysoki funkcjonariusz UOP. W niedzielę, w pustym gmachu Ministerstwa Pracy, przekazał mi ostrzeżenie: „Część mojej instytucji pracuje nad aferą, która ma was zniszczyć przed wyborami prezydenckimi”. Wskazał na premiera Oleksego. Natychmiast pojechałem do Józefa do jego willi na Parkowej.
I jak zareagował?
Zbagatelizował to. Mówił, że to bzdury i zapraszał na whisky. Potem sprawa wybuchła z ogromną siłą. Pamiętam wizytę amerykańskiej delegacji z Richardem Holbrooke’iem na czele. Po kilku dniach rozmów i analiz, na pożegnalnym bankiecie, zapytałem go o wrażenia. Użył dosadnego określenia: „To wszystko jest bullshit”. Niestety, mimo że oskarżenia były bezpodstawne, medialny lincz był tak silny, że Oleksy nie był już do utrzymania na stanowisku. Niektórzy dziennikarze przepraszali go za to, ale dopiero po wielu latach.
Rozmawiał Hubert Biskupski