- Ryzyko opóźnień w przetargach rośnie, bo orzecznicy Krajowej Izby Odwoławczej (KIO) zarabiają tylko ok. 9 tys. zł na rękę, co skutkuje brakiem chętnych do pracy.
- Mimo lawinowego wzrostu sporów przetargowych (z 2,7 tys. w 2019 r. do prognozowanych 7 tys. w tym roku), w ostatnim naborze obsadzono tylko 6 z 13 wakatów w KIO.
- Rozstrzygnięcia sporów przetargowych, które kiedyś zapadały w ustawowe 15 dni, dziś opóźniają się o miesiące, znacząco wydłużając procesy.
- Sytuacja ta jest szczególnie groźna dla projektów finansowanych z KPO i programu SAFE, gdzie czas realizacji jest krytyczny.
Dlaczego brakuje chętnych do pracy w Krajowej Izbie Odwoławczej?
Problem jest prosty i sprowadza się do pieniędzy. Orzecznik w KIO, czyli osoba, która rozstrzyga spory dotyczące często kontraktów wartych setki milionów, a nawet miliardy złotych, zarabia około 9 tys. zł na rękę. Jak zauważa "Rzeczpospolita", to mniej niż niejeden referendarz w sądzie rejonowym, którego odpowiedzialność jest nieporównywalnie mniejsza. Efekt? Brak chętnych do tak wymagającej i odpowiedzialnej pracy.
Liczby mówią same za siebie. W jednym z ostatnich naborów próbowano obsadzić 13 wakatów. Udało się znaleźć zaledwie sześciu kandydatów spełniających wymogi. Braki kadrowe stają się więc coraz bardziej dotkliwe, a chętnych na horyzoncie nie widać. Trudno się dziwić, że najlepsi eksperci od prawa zamówień publicznych wolą pracować w prywatnych kancelariach, gdzie ich zarobki są wielokrotnie wyższe. Problem leży w zarobkach, które w Krajowej Izbie Odwoławczej są nieadekwatne do ogromnej odpowiedzialności, jaką ponoszą orzecznicy.
Jakie są skutki opóźnień? Zagrożone pieniądze z Unii
Mniej ludzi do pracy i lawinowo rosnąca liczba skarg to mieszanka wybuchowa. Jeszcze kilka lat temu do KIO trafiało niecałe 3 tys. spraw rocznie, dziś szacunki mówią już o 7 tysiącach. Ustawowy termin 15 dni na wydanie wyroku stał się fikcją. Dziś na rozstrzygnięcie czeka się średnio miesiąc lub dwa, a czasem znacznie dłużej.
To nie jest tylko problem biurokratyczny. Każdy dzień zwłoki to zamrożona budowa drogi, wstrzymany zakup sprzętu dla szpitala czy opóźniona cyfryzacja urzędu. Sprawa staje się dramatyczna, gdy w grę wchodzą fundusze unijne. Przewlekłość postępowań i narastające opóźnienia w przetargach to prosta droga do utraty miliardów z Krajowego Planu Odbudowy. Tam czas na wydanie pieniędzy jest ściśle określony i Polska może po prostu nie zdążyć.
Źródło: Rzeczpospolita