Spis treści
- Politycy obiecują zmiany podatkowe
- Klasa średnia jest coraz większa
- Nie wszyscy politycy koalicji cieszą się ze zmian
- To może być polityczny chwyt marketingowy
- Wszystko zależy od decyzji politycznej i finansów
- Zarabiamy więcej, a progi podatkowe bez zmian
- Rząd już dziś szuka pieniędzy, gdzie tylko się da
Politycy obiecują zmiany podatkowe
Zaczęło się od zapowiedzi Polska 2050. Partia chce, by próg podatkowy skoczył ze 120 tys. zł do 140 tys. zł. Nawet 4 tysiące złotych rocznie więcej w kieszeni? Brzmi świetnie, ale w rządzie już iskrzy.
Pomysł podniesienia drugiego progu podatkowego rozpalił polityków do czerwoności. Jedni mówią: „ulga dla ludzi!”, inni: „budżet tego nie udźwignie”.
Klasa średnia jest coraz większa
Dodatkowe oszczędności brzmią jak marzenie dla klasy średniej, która coraz częściej wpada w wyższy podatek. Jeszcze niedawno dotyczyło to garstki najlepiej zarabiających, dziś nawet co dziesiątego podatnika.
W praktyce oznacza to, że w wyższy podatek wpadają coraz częściej nauczyciele, ratownicy medyczni czy pielęgniarki.
Nie wszyscy politycy koalicji cieszą się ze zmian
Problem w tym, że pomysł nie wszystkim się spodobał i już wywołał spore napięcia w koalicji rządzącej. Minister finansów Andrzej Domański studzi emocje. Według jego wyliczeń taka zmiana może kosztować budżet nawet 9 miliardów złotych. A przecież państwowa kasa już teraz jest napięta jak struna.
Twórcy projektu jednak nie odpuszczają. Mówią wprost: pieniądze się znajdą. W grze są nowe podatki: cyfrowy, większe obciążenia dla banków czy wyższa akcyza na alkohol. Tyle, że to też budzi kontrowersje.
To może być polityczny chwyt marketingowy
W koalicji zaczyna się zgrzyt. Politycy Polskiego Stronnictwa Ludowego kręcą nosem i sugerują, że to może być bardziej polityczna zagrywka niż realna reforma.
Z kolei Lewica mówi: „tak, ale…”. Politycy tego ugrupowania poprą zmiany, o ile nie ucierpią na tym wydatki na zdrowie i edukację.
Wszystko zależy od decyzji politycznej i finansów
A co na to eksperci? Ekonomista Marek Zuber nie ma wątpliwości: teoretycznie da się to zrobić. „To kwestia decyzji politycznej” – mówi wprost w rozmowie z „Super Biznesem”. I dodaje, że na pierwszy rzut oka ma to absolutnie sens.
„Skoro mamy inflację, to wzrost wynagrodzeń nie musi oznaczać, że stajemy się niejako bogatsi. Wszystko zależy od tego, czy nasz wzrost wynagrodzeń jest większy od inflacji. Realnie zyskujemy dopiero wtedy, kiedy jest on większy” – twierdzi ekonomista.
Zarabiamy więcej, a progi podatkowe bez zmian
„Jeśli zatem nie podnosimy progu podatkowego, mamy wzrost wynagrodzeń, ale ceny rosną, to można powiedzieć, że obciążenia podatkowe rosną. Próg powinien być waloryzowany tak, jak waloryzowane są na przykład emerytury. Choć same parametry waloryzacji mogą być oczywiście inne” – zaznacza Marek Zuber.
Ale po drugiej stronie są realia budżetu. Bardzo napiętego. No właśnie, gdzieś te pieniądze rząd musiałby znaleźć. „A to oznacza oszczędności w innych miejscach, tylko jakich, albo nowe podatki i parapodatki, czy też wyższe podatki i parapodatki gdzie indziej" – zauważa.
Rząd już dziś szuka pieniędzy, gdzie tylko się da
Ekonomista zaznacza, że obecnie mamy ponad 7 proc. deficytu sektora finansów publicznych. "Moim zdaniem jakbyśmy wszystko uczciwie i do końca policzyli byłoby ponad 8 proc., czyli najwyższy poziom w historii tych trzydziestu pięciu lat gospodarki rynkowej. I mamy gigantyczne inwestycje do zrealizowania w kolejnych kilkunastu latach" – dodaje ekonomista.
Rząd już szuka i dalej będzie szukał pieniędzy gdzie się da. Już słyszymy o podniesieniu stawki VAT z preferencyjnych poziomów to poziomu 23 proc. nie znamy jeszcze tylko dokładnie zakresu, ma być ”przegląd” w kwestii ryczałtu 8,5 proc. w przypadku PIT. A to dopiero początek.
„Biorąc pod uwagę sytuację budżetu jednak bym się wstrzymał z ewentualnym wprowadzeniem zmian podatkowych. Choć rozumiem, że będzie to de facto oznaczało zwiększenie naszych realnych obciążeń podatkowych. Dla części społeczeństwa, ale jednak” – oznajmił Marek Zuber.
Polecany artykuł: