- Obniżenie ratingu Polski przez Moody’s z A2 na A3 to pierwsze takie działanie tej agencji, ale kraj wciąż utrzymuje bezpieczny, inwestycyjny poziom „A”, zrównując się z ocenami S&P i Fitch.
- Mimo braku katastrofy, to „mocno pomarańczowa lampka” ostrzegająca przed niebezpiecznym kierunkiem wzrostu długu publicznego, który w 2025 r. pochłonie 15% dochodów budżetowych na same odsetki - przekonuje w rozmowie z "SE ekonomista Marek Zuber.
- Jego zdaniem aby uniknąć poważnych kryzysów, Polska musi kierować wzrost długu na inwestycje i zahamować zwiększanie wydatków socjalnych
- Za obecny stan finansów publicznych, bez buforów, odpowiadają zarówno niekontrolowane wydatki socjalne, jak i obiektywne czynniki, takie jak pandemia i wzrost wydatków na obronność.
Obniżenie ratingu Polski. Co to oznacza dla gospodarki?
Decyzja agencji Moody's o obniżeniu wiarygodności kredytowej Polski z poziomu A2 na A3 to historyczne wydarzenie, ale nie powód do paniki. Ekonomista Marek Zuber uspokaja w rozmowie z "Super Expressem", że nie jest to pierwsza taka sytuacja, gdyż w 2016 roku podobny krok wykonała agencja S&P. Co istotne, nowa ocena wciąż utrzymuje Polskę w grupie państw o wysokiej, inwestycyjnej wiarygodności. W praktyce Moody's zrównało swoją ocenę z notami dwóch pozostałych kluczowych agencji – S&P i Fitch.
Zdaniem ekonomisty Marka Zubera, obniżenie ratingu Polski przez Moody's to sygnał ostrzegawczy, ale nie powód do paniki. Poważne reakcje rynków finansowych, takie jak gwałtowna wyprzedaż złotego czy obligacji, następują dopiero wtedy, gdy co najmniej dwie z trzech głównych agencji dokonują cięcia oceny. – To jest sygnał ostrzegawczy. To jest taka — nie czerwona może nawet jeszcze lampka, ale taka bardzo mocno pomarańczowa — że kierunek, który Polska w tej chwili ma, czyli mocny wzrost długu, jest po prostu kierunkiem niebezpiecznym – komentuje dla "SE" Zuber.
Skąd tak duży dług publiczny? Ekspert wskazuje przyczyny
Za decyzją agencji ratingowej stoi przede wszystkim gwałtownie rosnący dług publiczny. Analitycy Moody’s nie są w tej ocenie odosobnieni. Marek Zuber wskazuje, że obecna sytuacja finansów państwa jest efektem nałożenia się na siebie kilku czynników. Pierwszym z nich były decyzje polityczne sprzed 2020 roku, kiedy w okresie dobrej koniunktury rząd zwiększał trwałe wydatki socjalne, nie budując jednocześnie poduszki finansowej na gorsze czasy.
– Wtedy, w okresie bardzo dobrej koniunktury, która była w całej Europie Środkowo-Wschodniej, nie budowaliśmy sobie bufora – podkreśla ekonomista. Do tego doszły obiektywne przyczyny: konieczność pożyczenia ok. 300 mld zł na walkę ze skutkami pandemii oraz skokowy wzrost wydatków na obronność po wybuchu wojny w Ukrainie. Według eksperta obecny wysoki dług publiczny jest wynikiem decyzji politycznych z ostatnich lat, pandemii oraz konieczności zwiększenia wydatków na obronność. Skutki tego widać już w projekcie budżetu. – My 15 proc. dochodów budżetowych w przyszłym roku przeznaczymy na odsetki. Tylko na odsetki od polskiego długu – alarmuje Zuber.
Trzy scenariusze dla Polski. Czy grożą nam cięcia w 800+?
Mimo ostrzeżeń, zdaniem Marka Zubera, rząd nie musi wykonywać gwałtownych ruchów, takich jak cięcia w programie 800+. Kluczowe jest jednak, by przyszły wzrost zadłużenia był przeznaczany głównie na inwestycje m.in. w energetykę, obronność czy nowe technologie. To scenariusz optymistyczny, który zakłada jednocześnie wyhamowanie wzrostu wydatków socjalnych. Ekonomista podkreśla, że aby uniknąć dalszych problemów i kolejnego obniżenia ratingu Polski, rząd musi wyhamować ze zwiększaniem wydatków socjalnych.
Drugi, bardziej negatywny scenariusz, to "mały kryzysik". Jeśli politycy w ferworze kampanii wyborczej zaczną licytować się na kolejne obietnice socjalne, rynki mogą zareagować nerwowo, tak jak w Wielkiej Brytanii w 2022 roku. Groziłby nam wtedy odpływ kapitału, osłabienie złotego i "pstryczek w nos", który zmusiłby rząd do wycofania się z obietnic.
Najgorszy jest jednak trzeci, "czarny scenariusz". Zrealizowałby się on w przypadku wybuchu globalnego kryzysu na miarę tego z 2008 roku. Polska, nieposiadająca dziś buforów finansowych, znalazłaby się w bardzo trudnej sytuacji. – 150 miliardów trzeba by było znaleźć w ciągu jednego roku w budżecie – szacuje Zuber. Oznaczałoby to konieczność drastycznych cięć wydatków, w tym socjalnych, oraz wprowadzania nowych lub wyższych podatków. Byłby to wstrząs, który społeczeństwo odczułoby znacznie dotkliwiej niż kryzys sprzed kilkunastu lat. Choć scenariusz ten jest dziś mało prawdopodobny, pokazuje, jak bardzo finanse publiczne stały się wrażliwe na zewnętrzne szoki.
