Hubert Biskupski: Co łączy Leszka Millera i jego wnuczkę Monikę Miller poza pokrewieństwem?
Leszek Miller: Czułość, solidarność, miłość... wszystko to, co może łączyć dziadka z wnuczką.
Piękne słowa. Pani Moniko, a co łączy wnuczkę z dziadkiem poza uczuciami?
Monika Miller: Oczywiście zgadzam się z dziadkiem, ale mamy też dużo wspólnych zainteresowań. Oboje bardzo kochamy zwierzęta, uwielbiamy oglądać filmy science fiction.
Chodzicie razem do kina?
MM: Tak. Nawet obiecałeś mi, że pójdziemy na nową część „Diuny”.
LM: Tak, pójdziemy. Czekamy na najnowszą część.
MM: Lubimy też muzykę i sztukę.
A lubicie te same gatunki muzyczne?
MM: To się miesza. Lubimy jazz, wspólnie słuchamy Amy Winehouse. Mój dziadek uwielbia Beatlesów, mi też się podobają niektóre ich piosenki.
LM: Kocham „St. Louis Blues”. Słyszałem go w dziesiątkach wykonań, ale za każdym razem odkrywam coś nowego. Może kiedyś jeszcze pojedziemy z Moniką na południe Stanów Zjednoczonych i zahaczymy o St. Louis.
A wspólne pasje kulinarne?
MM: Jak babcia gotuje dla większej liczby osób, to dziadek zawsze pomaga – obiera, miesza. Ja, muszę przyznać, nie jestem utalentowana kulinarnie.
LM: Ale jeśli mówimy o muzyce, to z prawdziwym podziwem oglądałem Monikę w „Tańcu z gwiazdami”.
Polecany artykuł:
Porozmawiajmy zatem o „Tańcu z gwiazdami”.
LM: Monika nie tylko kocha muzykę, ale też świetnie tańczy. W programie była taka możliwość, że uczestnik mógł zaprosić bliską osobę. Zatańczyliśmy razem walca do utworu Beatlesów „Yesterday”. Bardzo bałem się kompromitacji, że się przewrócę na oczach milionów widzów, ale trochę poćwiczyliśmy i myślę, że wyszło nam bardzo dobrze.
Pani Moniko, rozumiem, że taniec dużo dla pani znaczy?
MM: Ten program był wielkim wydarzeniem w moim życiu. Nie chodziło tylko o treningi, ale o samo doświadczenie, poznawanie ludzi, zobaczenie telewizji od drugiej strony. Taniec zawsze będzie miał miejsce w moim sercu, choć nie czuję, bym była w tym „naturalnie dobra”. Próbowałam chodzić na zajęcia po programie, ale to było strasznie ciężkie. Teraz wolę podziwiać taniec z widowni.
Coś się zmieniło w pani życiu po tym programie?
MM: Tak, zrozumiałam, że nie trzeba się bać robienia rzeczy, których człowiek się lęka. To dało mi odwagę, by przestać się wstydzić bycia sobą.
Wcześniej się pani wstydziła?
MM: Tak. W szkole bardzo mi dokuczano, bo wyglądałam lub zachowywałam się inaczej.
Opowiadała pani w mediach o traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa. Na czym one polegały?
MM: Wtedy myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, jakby ciążyła na mnie jakaś klątwa. Dopiero jako dorosła kobieta zrozumiałam, że chodziło o zazdrość i nienawiść polityczną. Ponieważ mój dziadek był premierem, dzieci wyżywały się na mnie, przenosząc agresję swoich rodziców.
Mówiła pani o tym w domu?
MM: Tak, ale rodzice często mówili, że to „okej”, bo po prostu inni mi zazdroszczą. Przy większych incydentach interweniowali u dyrektora.
A dziadkowi się pani skarżyła? Dziadek pozwalał, by gnębiono wnuczkę? Interweniował w szkole?
LM: W szkole nie interweniowałem bezpośrednio, bo to nie była wina szkoły, tylko agresji mediów. Uznałem, że skoro rodzice się tym zajmują, to wystarczy.
Miała pani pretensje do rodziców?
MM: Tak, bo rodzice nie powinni przy dzieciach pluć jadem i nienawiścią polityczną. Polityka to nie jest świat dziecka. Powinni po prostu lepiej wychowywać swoje pociechy.
Jakie poglądy ma Monika Miller?
Na pewno różnią się od poglądów dziadka, choć oboje jesteśmy proeuropejscy. Wolę nie mówić o nich publicznie, ale mam serce po lewej stronie. W wyborach prezydenckich głosowałam na Rafała Trzaskowskiego
Kim chciała pani zostać jako dziecko?
MM: Chciałam być weterynarzem, bardzo kocham zwierzęta. Ale potem uznałam, że nie miałabym serca, by np. uśpić zwierzę.
LM: Monika kochała konie i dinozaury. Przez dwa czy trzy lata mieliśmy rytuał - każdą niedzielę spędzaliśmy w zoo. Monika nadała imiona wszystkim zwierzętom, od gadów po ryby. Panie w kiosku sprzedawały nam mnóstwo plastikowych figurek zwierząt. Znaliśmy tam całą obsługę.
Jako premier miał pan czas dla wnuczki?
LM: Starałem się wykorzystywać każdą chwilę. Moje sekretarki do dziś wspominają, że jak żona chciała mnie wywabić z biura wieczorem, dzwoniła i mówiła: „Proszę powiedzieć mężowi, że wnuczka przyjechała”. To zawsze działało.
MM: Bardzo dobrze wspominam nasze wspólne wakacje. Byliśmy na safari, gdzie goniły nas strusie, graliśmy w gry w basenie - wyobrażałam sobie wtedy, że jestem syrenką. Mieliśmy mnóstwo przygód.
LM: I narty. Uczyliśmy Monikę jeździć, a potem robiła to lepiej od nas. Teraz szaleje na snowboardzie. Wszystkie święta i weekendy, kiedy tylko mogłem się wyrwać, spędzaliśmy razem.
Kiedy zrobiła pani pierwszy tatuaż?
Co na to dziadek?
Leszek Miller: Na początku nic nie widziałem. Potem skierowałem pretensje do żony: „Dlaczego na to pozwalasz?”. Odpowiedziała, że nie jest jej mamą.
Dziadek głośno wyrażał dezaprobatę?
MM: Tak, ale nie słyszałam stereotypów o więzieniu czy marynarzach. Dziadek uparcie twierdził, że od tatuaży można dostać raka i wysyłał mi linki do badań.
LM: To był sprytny pomysł, prawda? Martwię się, bo barwniki, zwłaszcza czerwony, mogą osłabiać organizm.
Nie żałuje pani tych tatuaży?
MM: Nigdy ich nie żałowałam. Bardzo się z nich cieszę. Większość symbolizuje ważne momenty w moim życiu. Mam na przykład kota-jednorożca ze skrzydłami Pegaza, który mi się przyśnił, albo moją ulubioną małpkę.
LM: Ja tylko mam nadzieję, że już przestała robić tatuaże. Monika, nie rób już następnych.
MM: Dobrze... przynajmniej na razie nie planuję.
Mówiła pani odważnie o swoim życiu prywatnym, o kryzysach psychicznych i pobytach w szpitalu psychiatrycznym. Czy dziadek zdawał sobie sprawę z pani stanu?
LM: Byłem informowany przez żonę. Staraliśmy się pomagać Monice w kontaktach z profesjonalistami. Często zapraszaliśmy ją do siebie, bo wiedzieliśmy, że przy nas nie czuje presji. Miałem wrażenie, że dźwiga potworny ciężar. Dzieci osób publicznych nie mają życia usłanego różami, zwłaszcza jeśli ich rodzice są w polityce. Moja wnuczka i syn mocno to odczuli.
Pierwszy raz do szpitala psychiatrycznego trafiła pani w wieku 21 lat. Świadomie?
MM: Tak, zawsze świadomie tam trafiałam. Czułam obciążenie, nie miałam narzędzi, by sobie samej poradzić. Szpitale psychiatryczne to nie są miejsca z dowcipów – one uratowały mi życie.
A jak jest dzisiaj z pani zdrowiem psychicznym?
MM: Czuję się świetnie. Mam stały kontakt ze swoim psychiatrą, dzięki czemu normalnie funkcjonuję i cieszę się życiem. Chcę o tym mówić publicznie, by ludzie przestali się wstydzić szukania pomocy. Jestem po 16 latach terapii. Wiem, jak ważna jest farmakologia. Nie wystarczy „wziąć się w garść” czy pobiegać.
Gdyby dziadek nie był politykiem, pani życie byłoby łatwiejsze?
MM: Trudno powiedzieć. Może pod pewnymi względami tak, pod innymi nie. To wielka niewiadoma.
LM: Może miałaby więcej spokoju w szkole, ale nie poznałaby tylu zwierząt w zoo i nie odbyła tylu podróży.
Panie premierze, robi pan czasem rachunek sumienia? „Na cholerę mi była ta polityka skoro rodzina tak ucierpiała”?
LM: Ja wcale nie chciałem być politykiem. Chciałem budować turbiny elektryczne, elektryfikować kraj. W politykę wszedłem przypadkiem. Ale bycie szefem rządu i podpisanie traktatu akcesyjnego do Unii Europejskiej to sukces, który zdarza się rzadko. Nawet jeśli zapłaciłem za to cenę, bilans jest dodatni.
Polecany artykuł:
Jakie poglądy polityczne ma Monika Miller?
MM: Na pewno różnią się od poglądów dziadka, choć oboje jesteśmy proeuropejscy. Wolę nie mówić o nich publicznie, ale mam serce po lewej stronie. W wyborach prezydenckich głosowałam na Rafała Trzaskowskiego.
Ciągnie panią do polityki?
MM: Czasem tak, zwłaszcza gdy widzę bzdury, jakie wyprawiają się w naszym kraju. Mamy w polityce wielu „klaunów” i „stand-uperów”. Mam wtedy ochotę wyjść i zacząć coś z tym robić.
Miała pani propozycje wejścia do polityki?
MM: Od polityków - nie. Sugerowały mi to jedynie inne osoby publiczne.
A gdyby zadzwonił Włodzimierz Czarzasty z propozycją startu z list Lewicy?
MM: Musiałabym rozważyć plusy i minusy, ale kto wie, może bym się zgodziła.
LM: Monika miała okazję rozmawiać z politykami najwyższego szczebla, odwiedził nas kiedyś Donald Tusk. Robili sobie zdjęcia.
Gdyby jednak taka propozycja padła, co dziadek by doradził?
Porozmawiajmy o feminatywach. Panią Monikę one śmieszą?
MM: Nie obraziłabym się, gdyby ktoś nazwał mnie „polityczką” czy „posłanką”.
LM: Mnie „polityczka” śmieszy. Nie mogę się przyzwyczaić. Wolę formy: „Pani minister”, „Pani premier”.
Jak się pani poznała ze swoim ukraińskim partnerem Pavlo Moskalenko?
MM: Na imprezie. Zobaczył mnie z daleka, potem zdobył mój Instagram. Pisaliśmy ze sobą godzinę i od razu zaprosił mnie na randkę. Nie miał pojęcia, kim jestem, co było dla mnie bardzo ważne. Zamieszkaliśmy razem po drugiej randce.
Co dziadek na to? Był pan bardzo związany z poprzednim partnerem Moniki, Holendrem.
LM: Tak, on robił na mnie najlepsze wrażenie. Był też kiedyś jakiś Sycylijczyk - zapytałem go nawet, czy jest w mafii, a on potwierdził! Widzę, że Monika ma skłonność do obcokrajowców.
MM: Od dziecka byłam wychowywana w proeuropejskim środowisku, moim głównym językiem jest angielski. Obcokrajowcy nie mają wobec mnie uprzedzeń związanych z nazwiskiem. Poza tym rzadziej są „gold diggerami” - nie szukają zysku w kobiecie, tylko są bardziej niezależni.
Pavlo to Ukrainiec. Pan premier ma dość chłodny stosunek do Ukrainy.
MM: To mnie zawsze dziwi. Dziadek nie mówi takich rzeczy przy mnie, bo jego połowa rodziny pochodzi z Ukrainy, ja też mam stamtąd korzenie. Pavlo ma do dziadka wielki szacunek, choć chciałby większej akceptacji ze strony jego i babci.
LM: Ja do Ukraińców nic nie mam, mam zastrzeżenia do władzy banderowskiej i procesu banderyzacji, którego nie akceptuję. Z Pavlo piłem wódkę i rozmawialiśmy o Banderze. Przyznał mi rację, mówiąc, że po tym, co widzi teraz na Ukrainie, rozumie mój punkt widzenia.
MM: Rodzina Pavla jest wspaniała - ciepła i szczera. Bałam się, że będą się wstydzić, bo są ze wsi, ale od razu mnie przytulili. Jego mama przy wejściu zapytała tylko: „Czy on na ciebie krzyczy?”. Poczuliśmy się jak rodzina.
LM: Ojciec Pavlo jest piekarzem, mama to prawdziwa południowa piękność. Bardzo sympatyczni ludzie.
Co Monikę wkurza w dziadku?
MM: To, że bardzo szybko się denerwuje, czasem z byle powodu, i jest niecierpliwy.
A co dziadka wkurza w Monice?
LM: Nic.
Odpowiedź godna polityka!
LM: Dodaj tylko, Monisiu, że choć szybko się denerwuję, to równie szybko mi przechodzi. Jestem typowym cholerykiem.
Rozmawiał Hubert Biskupski
