W artykule przeczytasz:
- Jakie uprawnienia miała zyskać Państwowa Inspekcja Pracy w ramach reformy
- Dlaczego osoby na umowach cywilnoprawnych nie mają prawa do urlopu i L4
- Jak brak bezpieczeństwa zatrudnienia wpływa na niską dzietność w Polsce
- Kto zyskał, a kto stracił na decyzji premiera Tuska
Spis treści
Reforma PIP odwołana. Tusk popiera pracodawców
Donald Tusk zakończył prace nad reformą, która miała przekształcić polską rzeczywistość zatrudnienia. Projekt zakładał, że inspektorzy PIP otrzymają prawo do zmiany umów o dzieło, zleceń czy kontraktów B2B na pełnoprawne umowy o pracę. Premier uzasadnił swoją decyzję troską o firmy i miejsca pracy. Stwierdził, że "przesadna władza dla urzędników" byłaby destrukcyjna dla przedsiębiorców.
W praktyce oznacza to utrzymanie status quo, w którym miliony Polaków pracują bez podstawowych zabezpieczeń socjalnych. Dla związków zawodowych i organizacji pracowniczych to dramatyczny zawód.
Śmieciówki bez ochrony. Brak urlopu, L4 i praw rodzicielskich
Osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych funkcjonują w systemie pozbawieni praw i zdobyczy socjalnych. Nie przysługuje im płatne zwolnienie lekarskie, chyba że sami opłacają sobie ubezpieczenie zdrowotne. W przypadku choroby po prostu nie zarabiają. Nie mają prawa do urlopu wypoczynkowego – każdy dzień wolny to utracony dochód. Najdotkliwiej odczuwają to osoby planujące rodzicielstwo.
Umowy-zlecenia i o dzieło nie gwarantują urlopu macierzyńskiego ani rodzicielskiego w takiej formie jak umowa o pracę. To bezpośredni cios w politykę prorodzinną. Rząd deklaruje walkę z kryzysem demograficznym, a jednocześnie akceptuje system, który uniemożliwia bezpieczne zakładanie rodzin.
Bezpieczeństwo zatrudnienia kluczem do dzietności
Badania od lat wskazują ten sam problem. Największym zagrożeniem dla dzietności w Polsce jest brak stabilności zawodowej. Młode osoby odkładają decyzję o dziecku, dopóki nie uzyskają stałej pracy. Na śmieciówce to niemożliwe.
Jak mówić o zwiększeniu dzietności, gdy setki tysięcy Polaków w wieku rozrodczym pracuje bez zabezpieczeń? Jak planować rodzinę, gdy każdy miesiąc przynosi niepewność? Decyzja Tuska utrwala ten stan rzeczy na lata.
Polecany artykuł:
Skala zjawiska przeraża. Setki tysięcy bez ochrony
Ministerstwo Pracy szacowało, że skala nadużywania umów cywilnoprawnych w miejsce stosunku pracy jest alarmująca. Pracodawcy stosują ten mechanizm, by unikać składek ZUS, nie płacić za urlopy i zwolnienia lekarskie. Pracownik formalnie jest "współpracownikiem", w praktyce wykonuje te same obowiązki co etatowiec.
Reforma miała to zmienić. Inspektorzy PIP otrzymaliby narzędzie do weryfikacji charakteru zatrudnienia. Jeśli praca spełnia cechy stosunku pracy – podporządkowanie, stałe miejsce, określone godziny – mogłaby zostać przekwalifikowana. Od decyzji inspektora przysługiwałoby odwołanie do Głównego Inspektora Pracy, a potem do sądu.
Kto wygrał, kto przegrał na decyzji premiera
Zwycięzcą są organizacje pracodawców, które ostro krytykowały projekt. Argumentowały nadmiernymi uprawnieniami urzędników i zagrożeniem dla działalności gospodarczej. Premier Tusk przychylił się do tych głosów.
Przegranymi są pracownicy – ci zatrudnieni już na śmieciówkach oraz ci, którym taki los dopiero grozi. Przegrały związki zawodowe, które popierały reformę jako konieczną dla ochrony praw. Przegrała także polityka prorodzinna, bo bez bezpieczeństwa zatrudnienia nie będzie wzrostu dzietności.
Rządowe Centrum Legislacji krytykowało projekt, wskazując na naruszenie wolności gospodarczej. Ministerstwo Pracy odpowiadało, że reforma nie wprowadza arbitralności, lecz koryguje nadużycia. Ostatecznie głos RCL i przedsiębiorców przeważył nad argumentami strony społecznej.
Co dalej z prawami pracowników?
Projekt został zdjęty z porządku obrad. Premier stwierdził, że sprawę uważa za zamkniętą. Oznacza to, że w najbliższym czasie nie należy spodziewać się zmian w systemie zatrudnienia. Śmieciówki pozostaną legalnym narzędziem w rękach pracodawców.
Dla setek tysięcy Polaków to oznaka, że rząd wybrał interesy biznesu ponad ich godność i bezpieczeństwo. Pozostaje pytanie, czy w przyszłości polityczna wola wystarczy, by naprawdę chronić prawa pracownicze, czy będzie to tylko pusta retoryka wyborcza.
