Bruksela wszczyna procedurę naruszeniową wobec Niemiec. O co chodzi?
- Komisja Europejska wszczęła procedurę naruszeniową wobec Niemiec za wymaganie dodatkowej wizy (tzw. wizy Vander Elst) od pracowników spoza UE delegowanych przez firmy z innych krajów członkowskich.
- Niemieckie wymogi wizowe utrudniały polskim firmom delegowanie pracowników (np. z Ukrainy) i skutkowały miliardowymi stratami oraz przypadkami zatrzymań i deportacji pracowników posiadających legalne zezwolenia na pobyt w Polsce.
- Uzyskanie wizy Vander Elst jest w praktyce niewykonalne ze względu na brak wolnych terminów i skomplikowane procedury.
Komisja Europejska wzięła pod lupę przepisy naszego zachodniego sąsiada. Chodzi o praktykę, która od lat utrudniała życie polskim przedsiębiorcom. Niemcy zmuszały firmy do wyrabiania dodatkowych wiz dla pracowników spoza Unii Europejskiej (np. z Ukrainy), nawet jeśli ci mieli już legalny pobyt i pozwolenie na pracę w Polsce. To tzw. wiza Vander Elst.
Problem w tym, że taki pracownik, delegowany przez polską firmę do pracy w Niemczech nawet na krótki okres, musiał starać się o specjalny dokument w niemieckiej ambasadzie. Komisja Europejska rozpoczęła oficjalną procedurę naruszeniową wobec Niemiec, uznając, że taki wymóg jest niezgodny z prawem unijnym. Zdaniem Brukseli ogranicza to fundamentalną swobodę świadczenia usług, która gwarantuje firmom z UE możliwość działania na terenie całej Wspólnoty.
Niemcy dostały dwa miesiące na odpowiedź i zmianę swoich regulacji. Jeśli tego не zrobią, Komisja może skierować sprawę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Wiza Vander Elst, czyli jak Niemcy blokowały polskie firmy
Decyzja Brukseli to efekt wieloletnich apeli i analiz, m.in. ze strony Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy. Jego prezes, Stefan Schwarz, nie kryje zadowolenia.
– Decyzja KE była dla nas miłym zaskoczeniem, ponieważ potwierdziła prezentowane przez nas od lat stanowisko, że wymóg uzyskania dodatkowych wiz stanowi naruszenie artykułu 56 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – powiedział PAP Stefan Schwarz.Jak tłumaczy, w praktyce niemieckie przepisy po prostu blokowały możliwość wysyłania pracowników spoza UE do pracy za Odrą. W praktyce dodatkowe wizy dla pracowników delegowanych były niemal niemożliwe do zdobycia, co skutecznie blokowało działalność wielu polskich firm na niemieckim rynku.
Uzyskanie wizy Vander Elst graniczyło z cudem. System rezerwacji wizyt w niemieckich konsulatach niemal zawsze pokazywał brak wolnych terminów. A nawet jeśli komuś udało się umówić, czekała go droga przez mękę: osobiste stawiennictwo, góra dokumentów i zasada, że jednocześnie można złożyć tylko jeden wniosek. To czyniło całą procedurę bezużyteczną, gdy firma chciała wysłać do pracy cały zespół.
Miliardowe straty i upokarzani pracownicy. Jaki będzie finał sporu?
Biurokratyczna bariera to jedno. Drugie to realne straty finansowe i ludzkie dramaty. Dr Marcin Kiełbasa, ekspert Instytutu, szacuje, że polskie firmy z powodu niemieckich przepisów traciły miliardy. Część z nich po prostu zrezygnowała z zatrudniania obcokrajowców. Inne ryzykowały, wysyłając ludzi bez wymaganej wizy.
Konsekwencje były często szokujące. Stefan Schwarz opisuje przypadki, które mrożą krew w żyłach.
– Mamy udokumentowanych wiele przypadków, w których pracownicy delegowani przez polskie przedsiębiorstwa byli zatrzymywani przez niemiecką policję federalną i odwożeni siłą do granicy z Polską, mimo że posiadali dokumenty poświadczające legalny pobyt i zatrudnienie w Polsce – mówi prezes Instytutu.Jak dodaje, deportacjom towarzyszył często dwuletni zakaz wjazdu do Niemiec lub nawet całej strefy Schengen. Pracownicy byli poddawani rewizjom osobistym i przesłuchiwani. Czasem, jak relacjonuje Schwarz, byli po prostu „zostawiani w środku lasu przy drodze, z wyładowanymi telefonami”.