Hubert Biskupski: Alternatywa dla Niemiec (AfD) notuje znakomite wyniki sondażowe - w Saksonii-Anhalt sięgające 40 proc., z ponad 20-punktową przewagą nad CDU. Z najnowszych badań wynika, że Niemcy przestali się jej bać. Panie premierze, skąd bierze się tak wysokie poparcie dla formacji skrajnie prawicowej, wręcz neonazistowskiej?
Leszek Miller: Politycy AfD ostro zaprotestowaliby przeciwko takim skojarzeniom, bo oficjalnie odcinają się od NSDAP i prezentują się jako alternatywa dla obecnego układu partyjnego, zwłaszcza CDU/CSU. Należy pamiętać, że dysponują już ponad 150 mandatami i stanowią drugą siłę w Bundestagu. Moim zdaniem wygrają najbliższe wybory, jednak nie przejmą władzy, ponieważ pozostałe ugrupowania deklarują utrzymanie kordonu sanitarnego. Przełomem mogłaby być jedynie samodzielna większość w landzie albo tak miażdżący sukces, po którym chadecy uznaliby, że w imię demokracji muszą się z nimi dogadać.
Czy my Polacy powinniśmy obawiać się dojścia AfD do władzy?
Nie sądzę, byśmy musieli popadać w strach. Ich podejście do Polski jest specyficzne i niejednoznaczne. Podoba im się nasza twarda ochrona granic, przywiązanie do suwerenności oraz stawianie się unijnym instytucjom, ale gdy pojawia się temat reparacji wojennych, stawiają zdecydowane weto.
W szeregach tej partii wybrzmiewają też głosy skrajnie lekceważące Polskę. Po manifestacji Sławomira Mentzena pod Bramą Brandenburską jeden z liderów AfD, Fabian Knöbel, nazwał Polaków „Afroamerykanami Europy”, którym w ramach reparacji można co najwyżej podarować paczkę chusteczek.
Po polskiej stronie również nietrudno znaleźć równie niesmaczne i napastliwe wypowiedzi pod adresem Niemców. Kluczową przyczyną sukcesu AfD jest przede wszystkim słabość politycznych konkurentów. Zarówno chadecja, jak i socjaldemokracja przeżywają głęboki kryzys przywództwa; dzisiejszym liderom daleko do formatu Helmuta Schmidta, Willy’ego Brandta czy Helmuta Kohla. Na to nakłada się kryzys migracyjny, stagnacja gospodarcza wywołana odcięciem od tanich rosyjskich surowców oraz olbrzymie koszty transformacji energetycznej. W takich realiach wyborców przekonuje liderka partii, Alice Weidel - wykształcona doktor ekonomii z przeszłością w międzynarodowych finansach, która mówi sprawnym, zrozumiałym językiem gospodarki.
Wśród głównych postulatów Alice Weidel znajduje się likwidacja strefy Schengen oraz powrót do marki niemieckiej. AfD lansuje tezę, że Niemcom wiodło się lepiej przed wejściem do strefy euro, podczas gdy w rzeczywistości gospodarka RFN była głównym beneficjentem wspólnej waluty. To polityczne kuglarstwo.
Ten mechanizm przypomina dokładnie to, co obserwowaliśmy przy Brexicie - rzucenie chwytliwego hasła bez liczenia się z długofalowymi konsekwencjami gospodarczymi. Weidel doskonale zdaje sobie sprawę z realiów, jednak gra na sentymencie za dawną, stabilną marką, która cieszyła się ogromnym prestiżem. Jej docelowy plan zakłada głęboką przebudowę Unii w kierunku „Europy Ojczyzn”. W tej wizji integracja zostaje zredukowana wyłącznie do wspólnego rynku i ochrony zewnętrznych interesów handlowych, polityka zagraniczna staje się w pełni dobrowolna, a kompetencje wracają ze struktur brukselskich do parlamentów narodowych. Oznaczałoby to również likwidację Zielonego Ładu, zakaz wspólnego zadłużania się Unii oraz definitywne zablokowanie rozszerzenia Wspólnoty o Ukrainę.
Dlaczego te hasła trafiają na tak podatny grunt zwłaszcza we wschodnich landach? Czy to kwestia mentalności po NRD, czy raczej potężnego szoku gospodarczego z początku lat 90., kiedy zlikwidowano miliony miejsc pracy?
Zjednoczenie Niemiec dokonało się de facto w formie przejęcia, nikt wówczas zwykłych mieszkańców wschodu szczegółowo o zdanie nie pytał. Krąży na ten temat wymowna anegdota: spotykają się po zjednoczeniu Ossi i Wessi; wschodni Niemiec mówi z entuzjazmem: „Nareszcie jesteśmy jednym narodem!”, na co zachodni chłodno odpowiada: „My też”. Wschodnie Niemcy poddano brutalnej terapii szokowej, niszcząc ich rodzimy przemysł. Gdyby pozwolono im zachować własną państwowość z wolnym rynkiem i parlamentaryzmem, po dwudziestu latach w UE osiągnęliby podobny poziom rozwoju bez poczucia degradacji. Stąd wynika dzisiejszy bunt i niechęć do zachodniego establishmentu.
Istotnym paliwem dla radykalnych nastrojów pozostaje także kwestia migracji. Z czego wynika tak silny lęk przed przybyszami?
Obawy rodzą się przede wszystkim z obserwacji codziennej praktyki - niechęci części migrantów do asymilacji oraz prób narzucania własnych reguł religijnych, z prawem szariatu włącznie. Badania dowodzą zresztą, że drugie i trzecie pokolenie imigrantów bywa znacznie bardziej zradykalizowane niż ich rodzice. Państwo musi w takich sytuacjach reagować bezwzględnym egzekwowaniem prawa: zakazem modłów blokujących ulice, zakazem zasłaniania twarzy czy przestrzeganiem norm sanitarnych. Jeśli rządy będą bezczynne, spełnią się ponure scenariusze, przed którymi przed laty ostrzegała Oriana Fallaci.
Czy rosnąca popularność partii prawicowych w całej Europie - takich jak Chega w Portugalii, Vox w Hiszpanii czy Zjednoczenie Narodowe we Francji - to wyłącznie reakcja na migrację i koszty unijnej polityki klimatycznej?
To rezultat kumulacji błędów popełnianych przez unijne elity, zwłaszcza Komisję Europejską pod wodzą Ursuli von der Leyen. Narzucanie Zielonego Ładu, odgórny zakaz rejestracji aut spalinowych i kolejne restrykcje budzą irytację zwykłych obywateli, zwłaszcza gdy Europa odpowiada za zaledwie ułamek globalnych emisji, a główni emitenci - USA i Chiny - działają na własnych warunkach. Ludzie zaczynają zadawać sobie pytanie, po co im taka Unia, a brak refleksji po stronie eurokratów tylko napędza partie protestu.
Czy w wypadku ewentualnego przejęcia pełni władzy przez niemieckich nacjonalistów istnieje ryzyko powrotu do rewizji granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej?
Uważnie analizuję dokumenty programowe AfD i w żadnym z nich nie ma ani słowa o rewizji naszej granicy zachodniej, ani roszczeń wobec Śląska czy Pomorza. Próba podważenia granic oznaczałaby bezpośredni konflikt zbrojny, a wojna polsko-niemiecka to w praktyce wojna światowa, na co nikt sobie nie pozwoli.
Rozmawiał Hubert Biskupski