- Wolne Miasto Gdańsk w latach 20. stało się kluczowym ośrodkiem masowego przemytu alkoholu, gdzie legalne luki w prawie napędzały lukratywny biznes.
- Od walizek pieniędzy po statki-bazy przewożące setki tysięcy litrów – poznaj zaskakujące metody, które stworzyły potężne syndykaty kontrabandy.
- Odkryj, jak walka z kontrabandą tylko ją profesjonalizowała, ukazując nieznane oblicze II RP.
Na początku była walizka pełna pieniędzy i dwa niemieckie słowa. Estończyk Eduard Krönström przyjechał na początku lat 20. pociągiem z Tallinna do Wolnego Miasta Gdańska. Według ustaleń historyka Adriana Mittera nie znał niemieckiego poza zwrotem „zwei Mark” – „dwie marki”. Tyle kosztował litr rektyfikowanego spirytusu, po który przybył. Na północy, po drugiej stronie Bałtyku, ten sam towar można było sprzedać przemytnikom nawet za dwudziestokrotnie wyższą cenę.
Trudno o lepszy początek historii, która w ciągu kilku lat zmieniła się z procederu prowadzonego na niewielkich łodziach w międzynarodowy biznes liczony w milionach litrów. Alkohol jechał koleją, trafiał do magazynów, był przelewany do metalowych kanistrów i wypływał w morze. Duże statki nie musiały nawet dobijać do brzegu kraju docelowego. Czekały poza jego wodami terytorialnymi, a po towar przypływały mniejsze jednostki.
Wolne Miasto Gdańsk znalazło się w samym centrum tego systemu. I nie był to przypadek.
Wolne Miasto Gdańsk. Idealne miejsce dla alkoholowego biznesu
Po I wojnie światowej Gdańsk otrzymał szczególny status. Na mocy traktatu wersalskiego Wolne Miasto Gdańsk znalazło się pod ochroną Ligi Narodów. Jednocześnie zostało włączone do polskiego obszaru celnego, a w porcie przewidziano wolny obszar.
To właśnie wolna strefa portowa okazała się niezwykle istotna dla późniejszego przemytu alkoholu. Towary można było tam przechowywać, przepakowywać i sprzedawać bez podatku, dopóki pozostawały w granicach tej strefy. Zgodnie z miejscowymi przepisami eksport nieopodatkowanego alkoholu z portu był legalny. Podatek pojawiał się, gdy towar oficjalnie wchodził na gdański obszar celny.
W praktyce oznaczało to, że ogromne ilości spirytusu mogły legalnie dotrzeć do portu i równie legalnie go opuścić. To, co działo się później na Bałtyku, otwierało zupełnie inną historię.
Największą pokusę stanowiły kraje, w których dostęp do alkoholu był zakazany albo mocno ograniczony. Finlandia wprowadziła prohibicję w 1919 roku. Popyt nie zniknął. Przeciwnie – dla ludzi gotowych podjąć ryzyko otworzył się niezwykle dochodowy rynek.
Spirytus z cystern trafiał do metalowych kanistrów
System szybko stał się profesjonalny. Tani spirytus z Europy Środkowej mógł trafiać do Gdańska koleją w cysternach. W wolnej strefie portowej przelewano go do blaszanych kanistrów, znacznie wygodniejszych podczas przemytu. Można było je łatwo przerzucać z większego statku na mniejszą łódź i upchnąć na niewielkich jednostkach.
W Gdańsku działała firma Holm-Export, która handlowała nieopodatkowanym spirytusem i zaopatrywała przemytników. Miała kontakty i pracowników w wielu portach bałtyckich oraz w Hamburgu. Co niezwykłe, sam handel prowadzony przez przedsiębiorstwo w obrębie wolnej strefy był zgodny z miejscowym prawem.
Schemat był prosty, ale niezwykle skuteczny. Alkohol trafiał na duży statek, który wypływał z portu i pozostawał poza wodami terytorialnymi państwa, do którego miał trafić towar. Statek stawał się w praktyce pływającym magazynem. Po kanistry podpływali lokalni przemytnicy na mniejszych i szybszych łodziach, a następnie przewozili kontrabandę na brzeg.
Nie zawsze nawet prawdziwy port docelowy pojawiał się w dokumentach. Statki mogły deklarować podróż do jednego z dużych portów, a alkohol sprzedawać po drodze, pozostając na wodach międzynarodowych.
10 tys. litrów na statku. Alkohol płynął z Gdańska do Berlina
Jedna z najbardziej spektakularnych spraw wyszła na jaw w 1926 roku. Niemieckie służby odkryły zorganizowany przemyt nieopodatkowanego alkoholu z Gdańska do Berlina. Odbiorcami były niewielkie zakłady z okolic niemieckiej stolicy, które wykorzystywały nielegalny spirytus do produkcji tanich trunków.
Sprawa zainteresowała niemiecką prasę nie tylko z powodu skali przedsięwzięcia. W proceder miał być zamieszany uchodzący za szanowanego arystokrata, będący właścicielem spółki giełdowej i banku. Liczby działały na wyobraźnię. Statek-baza używany przez grupę mógł przewozić 10 tys. litrów alkoholu. Największa z jej motorówek była w stanie dostarczyć kolejne 2 tys. litrów w ukrytych zbiornikach. Tyle że nawet ta operacja – wówczas przedstawiana jako ogromna – niedługo później wyglądała przy bałtyckiej skali przemytu niemal skromnie.
Przemytnicy poszli na całość. Statek na 600 tys. litrów alkoholu
Pod koniec lat 20. alkoholowy przemyt przeszedł na zupełnie inny poziom. W 1928 roku niemiecko-fiński syndykat przemytniczy kupił nowy krążownik w stoczni w Szczecinie. Jednostka mogła pomieścić do 600 tys. litrów alkoholu. Była wyposażona w nowoczesną jak na swoje czasy technikę, a nawet w karabiny maszynowe.
To już nie był obraz przemytnika chowającego kilka butelek pod płaszczem. Na Bałtyku działały profesjonalne, ponadnarodowe sieci korzystające z dużych jednostek, pośredników, magazynów i lokalnych dostawców. Historyk Adrian Mitter wskazuje, że pod koniec dekady handel koncentrował się w rękach kilku syndykatów przerzucających miliony litrów alkoholu.
Zmieniała się także sama metoda. Po międzynarodowych próbach ograniczenia przemytu mniejsze łodzie odbywające bezpośrednie kursy od wybrzeża do wybrzeża zaczęły ustępować większym statkom-bazom. Jednostki o pojemności ponad 100 ton rejestrowych brutto mogły miesiącami pozostawać poza wodami terytorialnymi i sprzedawać spirytus lokalnym pośrednikom.
Przemytnicy nauczyli się również wykorzystywać bandery państw, które nie były związane odpowiednimi porozumieniami przeciwko przemytowi. W źródłach pojawiają się statki rejestrowane m.in. pod banderami Turcji, Panamy, Grecji czy Persji.
Gdańsk żył alkoholem. Przemytnicze łodzie widywano w centrum
Kontrabanda nie była zjawiskiem całkowicie oderwanym od codziennego życia miasta. Mitter przywołuje statystyki z lat 20., według których w Gdańsku konsumowano rocznie od 3 do 4 litrów spirytusu konsumpcyjnego na mieszkańca. Było to średnio około trzech razy więcej niż w Niemczech. Lokalni działacze antyalkoholowi wskazywali, że pod względem spożycia Gdańsk należał do czołówki niemieckojęzycznych miast, ustępując jedynie Wiedniowi.
A oficjalne statystyki nie obejmowały przecież alkoholu z kontrabandy sprzedawanego na miejscu.
Pisarz Brunon Zwarra wspominał później, że sprzedaż przemycanego z wolnej strefy alkoholu i tytoniu była dla niego źródłem dodatkowego dochodu. Według jego relacji łodzie przemytnicze nie należały do rzadkości nawet na Motławie, a więc w samym sercu Gdańska.
W proceder nie angażowali się wyłącznie zawodowi przestępcy. Proces mistrza kowalskiego z 1930 roku pokazał, że mniejsze operacje finansowali również lokalni gdańscy przedsiębiorcy. Granica między legalnym handlem a kryminalnym finałem całej operacji potrafiła być wyjątkowo cienka.
Prawo miało zatrzymać przemyt. Biznes stał się bardziej profesjonalny
Paradoks tej historii polega na tym, że próby ograniczenia kontrabandy nie zawsze przynosiły oczekiwany skutek.
Przyjęta w połowie lat 20. konwencja helsińska miała pomóc w zwalczaniu nielegalnego handlu alkoholem na Bałtyku. Według analizy Mittera jej rozwiązania przyczyniły się jednak do profesjonalizacji i umiędzynarodowienia przemytu. Drobni gracze mieli coraz większe problemy z prowadzeniem interesu, za to wielkie syndykaty dysponowały pieniędzmi, statkami i siecią kontaktów pozwalającą dostosować się do nowych zasad.
Gdańsk zapewniał im to, czego potrzebowały najbardziej: port, wolną strefę, magazyny i możliwość legalnego handlu nieopodatkowanym alkoholem przed jego wypłynięciem w morze. Holm-Export i podobne przedsiębiorstwa mogły funkcjonować legalnie na miejscu, choć towar, którym handlowały, później zasilał przemyt. W efekcie walka z niewielkimi przemytnikami pomagała zmienić bałtycką kontrabandę w biznes dla dużych graczy.
Koniec prohibicji uderzył w alkoholowy interes
Złota epoka zaczęła dobiegać końca w 1932 roku, gdy Finlandia zniosła prohibicję. Jeden z najważniejszych rynków nielegalnego alkoholu stracił wówczas podstawową przewagę, na której przez lata zarabiali przemytnicy.
Proceder jednak nie zniknął. Różnice cen sprawiały, że Skandynawia nadal pozostawała atrakcyjnym kierunkiem. Z badań przywołanych przez Mittera wynika, że jeszcze w kolejnych latach skalę przemytu z Gdańska do Szwecji szacowano na około 1,6 mln litrów spirytusu rocznie. Był to alkohol produkowany głównie w Holandii, a częściowo także w Polsce.
Dopiero kolejne ograniczenia i naciski państw skandynawskich stopniowo utrudniały działalność przemytniczych sieci. W 1936 roku Szwecja zagroziła nawet Polsce działaniami odwetowymi i zamknięciem swoich portów dla polskiego węgla z Gdyni i Gdańska, jeżeli eksport alkoholu służącego kontrabandzie nie zostanie ograniczony. Polska i Wolne Miasto Gdańsk zaostrzyły wówczas – przynajmniej formalnie – przepisy dotyczące eksportu spirytusu.
Historia alkoholowej kontrabandy przez Wolne Miasto Gdańsk pokazuje mniej znane oblicze gospodarczej rzeczywistości czasów II RP. Legalny handel, wolna strefa portowa i nielegalny przemyt potrafiły tworzyć jeden łańcuch, w którym na końcu czekały ogromne pieniądze.
Zaczęło się od ludzi podróżujących po spirytus z walizkami pieniędzy. Kilka lat później po Bałtyku pływały statki-bazy, a międzynarodowe syndykaty obracały milionami litrów alkoholu. Wolne Miasto Gdańsk stało się jednym z miejsc, w których ten biznes miał swoje zaplecze – portową bramą do alkoholowego podziemia międzywojennej Europy.